„Proszę dowiedz się, czemu jest mi tutaj aż tak źle?” – Dawid Podsiadło, Torwar, 09.12.16

„Hej, hej…”

Trochę czasu musiało minąć od tego koncertu, żebym mogła ochłonąć i z oczyszczonym mentalnie wnętrzem do tego wszystkiego podejść. Nie ukrywam, że dzisiejszy wpis będzie najbardziej subiektywny ze wszystkich tu zawartych. Że będzie skierowany do konkretnej grupy odbiorców, którzy doskonale zrozumieją to, co mam w sercu. Tak, na początku skłamałam – nie da się po czymś takim mentalnie oczyścić swoich trzewi. Nigdy.
Chciałam tak na spokojnie do tego podejść zarówno dziś jak i wtedy, w piątek 9 grudnia. W mojej głowie nigdy nie było tyle skrajnych emocji. Toczyły ze sobą nieustającą walkę, w której na prowadzenie wysuwała się najpierw typowa koncertowa ekscytacja, potem smutek i gdzieś tam jeszcze zrozumienie całej sytuacji. Ale to zrozumienie było na samym końcu i dopiero teraz z biegiem czasu przebija się do przodu. Co prawda idzie mozolnie, ale ważne, że w ogóle idzie.

Tym razem nie będę się za specjalnie skupiać na aspektach technicznych koncertu, organizacji i tego typu sprawach. Dziś chcę, żeby było tylko o potężnym ładunku emocjonalnym, który eksplodował podczas koncertu Dawida Podsiadło na warszawskim Torwarze. Nie było żadnych ofiar, za to mnóstwo rannych.
Chociaż tu nie chodzi oczywiście tylko o smutek związany z ostatnim koncertem przed blisko półtoraroczną przerwą. Nie chcę tego wszystkiego sprowadzić do miana żałoby, choć wiadomym jest, że ziarenka smutku i rozpaczy zostały w nas zasiane jeszcze przed warszawskim finałem, aby mogły wykiełkować zaraz po nim. Ten koncert dał wszystkim tam obecnym przede wszystkim ogromną porcję najlepszej polskiej muzyki i wyglądało to tak, jakby zespół chciał zaspokoić nasze muzyczne pragnienia na najbliższe 18 miesięcy. To oczywiście ciężkie zadanie, więc Dawid, aby nieco sobie ułatwić, zaprosił na Torwar genialnych polskich artystów. Dzięki temu mogliśmy podziwiać duety z Organkiem (efekt męskograniowej współpracy czyli „Letting myself run”), Kortezem (recytowana wersja „W Dobrą Stronę”), Tym Typem Mesem („Codzienność” z niedawno wydanej płyty Mesa pt. „Ała”), Melą Koteluk („Tapety”), Natalią Nykiel („S&T” w niesamowitej wersji electro), Piotrem Ziołą (od niedawna obecne na liście radiowej Trójki „Where Did Your Love Go”), Arturem Rojkiem (niezwykle wzruszający „Otto Pilotto”) i Tomkiem Makowieckim („Eight” w wersji obecnej na poprzednich koncertach na trasie „Andante Cantabile”).

To naprawdę niebywałe, że pod jednym dachem zgromadziło się ponad siedem tysięcy osób chcących celebrować piękno polskiej muzyki. Jak to dobrze, że są na świecie ludzie, którzy dostrzegają ogromną wrażliwość drzemiącą w tym 23 – latku z Dąbrowy Górniczej. Jeszcze niedawno ludzie mówili o nim chłopiec, a teraz nikt się nie odważy tak powiedzieć. Dawid wydoroślał. Przebył bardzo długą drogę w bardzo krótkim czasie. Ale czy jest to aż tak zaskakujące? W jego przypadku na pewno nie. Grzechem byłoby bowiem, gdyby stało się inaczej. A inaczej po prostu stać się nie mogło. Wokalista z tak wielkim darem nie mógł zostać niezauważonym. I nawet nie chodzi tu o doskonały głos Dawida, którym niewątpliwie może się pochwalić, ale mam tu na myśli coś więcej – emocje. Bo to one w muzyce są najważniejsze i mam wrażenie, że nikt tak, jak on nie potrafi przekazać ich tak dosadnie w niebezpiecznie dozowanych dawkach. Niektórzy bowiem nie wytrzymują od nadmiaru uczuć kipiących ze sceny, a wtedy na Torwarze nawet dla Dawida było ich zbyt wiele. Publiczność postanowiła odwdzięczyć się za te wszystkie piękne chwile, które artysta dostarczał przez ostatnie kilka lat i zrobiła coś, czego absolutnie nikt się nie spodziewał – ani Dawid, ani zespół, ani ja.

Film Tomka Makowieckiego na Instagramie:

https://www.instagram.com/p/BNz8ATJjwtn/

To najkrótszy i chyba najlepszy sposób na opisanie tego, co się tam działo. Jestem pewna, że każdy, kto miał ogromnego farta być na tym wspaniałym koncercie, widząc to zdjęcie myśli tylko o jednym – o szczęściu. O szczęściu obecnym zarówno w naszych oczach jak i Dawida. Moment, gdy wokalista nie może uwierzyć, co właśnie widzi jest czymś, czego nigdy się nie zapomni. To zostanie w nas wszystkich do końca życia. I gdy ktoś rzuci słowo „latarki” albo „end” w jakimkolwiek, nawet nie związanym z tą sytuacją zdaniu, to od razu w głowie narodzi się ten piękny obraz radości.
Udało się. A dowodem na to jest wzruszająca przemowa Dawida, którą wygłaszał z zaszklonymi oczami zaraz po tym wydarzeniu. Utrudniliśmy mu to odejście, równocześnie utrudniając je też nam samym.

Z tego miejsca chciałam podziękować obecnej tam grupie wsparcia bez której nie udałoby się tego wszystkiego zrealizować. Jesteście najlepsi. I wiecie co? Nie smućmy się. Smucić powinni się ci, którzy tam nie byli. Jesteśmy naprawdę wielkimi szczęściarzami, że się na ten koncert wybraliśmy.

„…pa, pa”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *