Dawid Podsiadło Andante Cantabile – Poznań

To, jak postrzega się upływ czasu między jednymi wydarzeniami a drugimi, zależy od punktu widzenia danej osoby i rangi konkretnej sytuacji. Dla jednych czekanie na coś trzy miesiące to tylko krótki odcinek czasu, dla innych – cała wieczność. W przypadku koncertu Dawida Podsiadło to trzymiesięczne oczekiwanie momentami było dla mnie katorgą, szczególnie na początku, a pod koniec nastąpiło to dziwne uczucie, kiedy wręcz pragniesz, by te ostatnie minuty stały się godzinami, a godziny dniami, mimo że tak bardzo się na to czekało.
30 listopada zaczął się mój dwudniowy koncertowy maraton z Dawidem Podsiadło. Na tym drugim planowałam być jednak w nieco innej roli, ale niestety nie udało się tego dokonać. Warto zaznaczyć, że koncerty na trasie „Andante Cantabile” są absolutnie wyjątkowe ze względu na specyficzny nastrój, ale również na to, że publiczność podczas występu cały czas siedzi. Artysta chciał nadać dzięki temu niepowtarzalny i wyjątkowy charakter swojej nowej muzycznej trasie.

Właściwy nastrój koncertowy nadszedł w zasadzie dopiero w dniu koncertu, bo ze względu na dużą ilość obowiązków nie było zbyt wiele czasu na myślenie o nadchodzącym wydarzeniu. Zaczęłam zastanawiać się nad podstawową kwestią – jak wcześnie powinnam być przed salą, by zająć dobre miejsce? Szykowała się bowiem walka o dwa rzędy przeznaczone dla widzów, którzy kupili bilety na pierwotnie stojące miejsca. Nie będę się zagłębiać w kwestie techniczne, bo nie o to tutaj chodzi. Pojawiłam się w pięknej Sali Ziemi jak najwcześniej mogłam. Widocznie tylko ja wpadłam na pomysł, żeby przyjść ponad trzy godziny przed rozpoczęciem koncertu. Wyprzedziłam nawet ochronę. Ale w związku z tym, że nie było tam praktycznie nikogo, mogłam skrótami dojść do celu bez jakichkolwiek problemów. Trochę jednak pobłądziłam, bo nie było nikogo, kto mógłby udzielić mi jakichś wskazówek. Pod salą natknęłam się jednak na dwójkę osób pracujących nad sklepem z gadżetami, którzy potwierdzili, że znajduję się w odpowiednim miejscu, patrząc przy tym na mnie jednak z lekkim zdziwieniem.

Cóż, nie spodziewałam się, że będę tam sama. I to przez tak długi czas. Ludzie zaczęli się schodzić dopiero około 18:30, a od 19:00 mieliśmy zostać wpuszczeni na salę. Tak przynajmniej się nam wydawało. O tej porze jednak zaczęła dopiero funkcjonować szatnia i o 19:20 z jednego korytarza przeszliśmy do drugiego, a na salę po kolejnych dwudziestu minutach. Wiadomym było, że koncert na pewno nie zacznie się o 20:00 tak, jak zaplanowano. Ludzie masowo się spóźniali, ale i tak gorzej było następnego dnia, gdy nawet sam wokalista zwrócił na to uwagę. I gdyby jeszcze ci spóźnialscy wyrażali jakąś skruchę, gdyby szanowali, że inni już są na miejscu i próbują skupić się na widowisku, że zespół już występuje, to myślę, że nie byłoby jeszcze tak źle. Niestety niektórzy zachowywali się skandalicznie. Chociaż warto podkreślić, że niektóre spóźnienia mogły być wywołane przez organizatorów, którzy nie dopilnowali terminów i momentami sprawiali wrażenie zwyczajnie rozleniwionych. Cóż, skupmy się na samej muzyce, bo o tym głównie chciałam dziś napisać.

Widowisko rozpoczęło się od spokojnych dźwięków pełnych tajemniczości i mistycyzmu, które kojarzyły się nieco z intro, rozpoczynającym koncerty Dawida między innymi przy okazji „Son of Analog Tour”.
Za chwilę rozbrzmiał jeden z najpiękniejszych motywów muzycznych, jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć. Motyw przepełniony smutkiem i nostalgią, który rozbudził we mnie największe tęsknoty, doprowadził mnie do pierwszego i oczywiście nie ostatniego wzruszenia tego wieczoru. „Focus”, czyli utwór otwierający każdy koncert z trasy „Andante Cantabile”, jest dla mnie faworytem, ale ma niewielką przewagę nad innymi. Ciężko jest bowiem dokonać jednoznacznego wyboru spośród tak genialnych zupełnie nowych aranżacji stworzonych przez Podsiadło i całą jego ekipę. Warto zwrócić uwagę na, moim zdaniem, jeden z odważniejszych pomysłów na aranż. Chodzi mi o nową wersję hitu „W Dobrą Stronę”. Rozmawiałam z paroma osobami i zdania na ten temat są podzielone. Ja natomiast doceniłabym pomysł, który opiera się na recytacji zwrotek i pominięciu refrenu. Tekst utworu niewątpliwie staje się bardziej zrozumiały i przejrzysty. Trzeba przyznać, że Dawid dobrze sobie z tym poradził, bo to nie było takie proste jak mogłoby się wydawać. Mimo, że recytuje się tekst, trzeba to jednak zrobić tak, aby dobrze brzmiało to z muzyką, która też oczywiście na potrzeby utworu została odpowiednio zmieniona. Generalnie moim zdaniem udany zabieg, niezwykle interesujący.

Czasem można było odnieść wrażenie, że podczas koncertu zespół chce się zabawić z publicznością w „Jaka To Melodia?” zwłaszcza przy okazji „Trójkątów i Kwadratów”. Nie dość, że w zupełnie nowej aranżacji, to jeszcze po angielsku. Chodzi o „S&T”, ale ta wersja jest znacznie mniej znana, więc ciężko było się domyślić. Zorientowałam się mniej więcej dopiero w połowie występu, że to właśnie ta piosenka jest teraz wykonywana. Bardzo trudne zadanie, ale udało się je wykonać. Na koniec utworu, ku mojemu wielkiemu szczęściu, usłyszałam nawiązanie do szlagieru Depeche Mode pod tytułem „Enjoy the Silence”. Takie nawiązania kulturowe pojawiały się jeszcze później. Na przykład na koniec utworu „End” słychać wyraźnie dosłownie kilka dźwięków zaczerpniętych z czołówki genialnego serialu „Miasteczko Twin Peaks”, co również wprawiło mnie w niemałe zdziwienie i zakłopotanie, bo „Miasteczko Twin Peaks” uważam za jeden z najlepszych seriali wszech czasów i jest chyba moim ulubieńcem. Bardzo lubię wyłapywać tego typu smaczki. Takimi ciekawostkami praktycznie na każdym kroku zasypuje słuchaczy Taco Hemingway tylko że tam jest czasami tego tak dużo, że nie sposób wszystko znaleźć. W przypadku Dawida czujność słuchaczy zostaje uśpiona i dopiero po jakimś czasie orientują się, że w danym miejscu powinni zauważyć coś więcej, doznają nagłego olśnienia, które daje niejako poczucie dumy, że właśnie udało się coś takiego dostrzec.

Dawid Podsiadło podczas trasy Andante Cantabile zaskakuje wielokrotnie. Na początkowych koncertach na trasie chłopaki wykonywali „Barricade Me” i „Vitane”, ale z konkretnych przyczyn przestali je prezentować i w Poznaniu niestety nie mogłam ich usłyszeć. Co do „Barricade Me” powody są mi znane –Dawid stwierdził po prostu, że nie jest zadowolony z wykonywania tego utworu. Nie wiem natomiast, czym kierowano się podczas decyzji o wycofaniu „Vitane”. Przyznam, że trochę nad tym ubolewam, ale jestem przekonana, że kiedyś jeszcze usłyszę tę piosenkę na żywo. Niewątpliwie brak „Vitane” wynagrodziło mi pojawienie się „No Part II” czyli alter ego bardziej znanego „No”. Uważam, że jest to najtrudniejsza piosenka z repertuaru wokalisty. Mimo to nie bałam się o jej wykonanie, bo wiedziałam, że Dawid doskonale sobie z tym poradzi. I nie myliłam się. Zalał publiczność ogromną falą pięknych emocji, co niejednego poruszyło głęboko w środku. To było niesamowite. Szkoda tylko, że podczas drugiego koncertu chłopcy tego nie zagrali. Ale cóż, wybaczam. Wszystko wynagradza bowiem genialne wykonanie „Nieznajomego” z reedycji płyty „Annoyance and Disappointment 2.0” i „Elephanta” w wersji słyszanej już podczas „Son of Analog Tour”. W tym momencie przez zespół serwowana jest tak duża dawka emocji, że nie każdy potrafi to wszystko przetworzyć w środku. Coś pięknego.

Z racji tego, że nazwa trasy to „Andante Cantabile”, Dawid chce niejako końcowym utworem „Il Mondo” udowodnić słuszność owej nazwy. Trzeba przyznać, że artysta wspaniale brzmi we włoskim repertuarze, bardzo dobrze sobie poradził. Tu oczywiście znowu następuje wszechobecne uczucie konsternacji rodzące się pośród publiczności, które stopniowo przeradza się w ogromny zachwyt. Nie było chyba koncertu na tej trasie, który nie zakończyłby się owacją na stojąco. Tak samo stało się oczywiście przy okazji dwóch koncertów w Poznaniu.

Dawid podczas występu uraczył nas nie tylko swoim pięknym głosem, ale również nietuzinkowym poczuciem humoru, który powoli staje się nieodłącznym elementem jego koncertów. Oprócz tego ta niezwykle charyzmatyczna postać pokazała swoje inne oblicze, które nie każdy zdążył jeszcze poznać. Na końcu „Eight” mogliśmy zobaczyć jego umiejętności gry na… puzonie. Instrument ten towarzyszył Dawidowi już przy okazji tegorocznej trasy Męskiego Grania. Widocznie bardzo mu się to spodobało i postanowił przenieść swoje doświadczenia do jesiennych koncertów. Jeśli mowa o ciekawostkach, to myślę, że warto również wspomnieć o wykorzystaniu przez Dawida megafonu w energetycznym „Byrdzie”. Później słyszeliśmy także miarkowane odgłosy sygnału policyjnego, które stanowiły tło do płynnego przejścia między „Byrdem” a „Elephantem”.

Podczas każdego koncertu „Andante Cantabile” obecny jest również gość specjalny i przy okazji Poznania był nim Tomasz Organek, z którym Dawid miał już okazję pracować podczas tegorocznej edycji Męskiego Grania. I właśnie w Poznaniu mogliśmy skosztować jednego z owoców ich współpracy. Podsiadło podczas zapowiadania gościa powiedział, że udało im się stworzyć kilka utworów i właśnie w Poznaniu zaprezentują jeden z nich po raz pierwszy. Utwór pod tytułem „Letting myself run” to doskonała mieszanka muzycznych styli stylów Organka i Podsiadło. Mam nadzieję, że kiedyś uda się ponownie posłuchać tego wspaniałego utworu. Absolutnie nie ulega wątpliwości, że panowie świetnie się dogadują i powinni tworzyć ze sobą znacznie częściej. Sukces murowany.

Po niesamowitych koncertach przyszedł oczywiście czas na spotkanie z wokalistą, ponieważ Dawid obiecał, że po każdym koncercie z trasy będzie wychodził do swoich fanów. Dawid rozdawał autografy, a potem, aby nagrodzić tych wytrwalszych, artysta pozwolił na robienie zdjęć. Ja oczywiście dwukrotnie skorzystałam z tej okazji.

Pierwszego dnia wraz z innymi fankami wręczyłyśmy Dawidowi własnoręcznie wykonany tort, który niezwykle go ucieszył. Potem był też czas na podziękowania i rozmowy o rzeczach ważnych i mniej ważnych. Tą ważną jest na przykład informacja o pojawieniu się teledysku do „Tapet” – singla promującego reedycję płyty „Annoyance and Disappointment 2.0”. Dawid zapowiedział, że efekty pracy będziemy mogli podziwiać 9 grudnia – w dniu finalnego koncertu trasy.

Te dwa dni były dla mnie niesamowitym przeżyciem. Jestem pewna, że nie tylko dla mnie. Wszyscy, którzy byli obecni na jednym i/lub drugim koncercie z pewnością powiedzą to samo. Zespół podczas tych dwóch wieczorów wprowadził nas w swój piękny, intymny świat muzyki. Mogliśmy się wtedy wszyscy z nimi zjednoczyć i dać się ponieść wszystkiemu, co się wokół nas działo. Jestem wdzięczna Dawidowi i całej ekipie, że stworzyli prawdziwą magię podczas trasy „Andante Cantabile” i naprawdę szczerze cieszę się, że było mi dane tego wszystkiego doświadczyć. Uważam, że każdy powinien to przeżyć, bo niestety nie da się tego wszystkiego opisać. To, co tutaj zawarłam jest tylko znikomym procentem całości wydarzeń i ten, kto miał okazję być chociaż na jednym koncercie z trasy, z pewnością wie o czym mówię.

Koncert 9 grudnia w Warszawie kończący „Andante Cantabile” jest również występem, którym Dawid żegna się z koncertowaniem na jakiś czas. Obiecał jednak, że wróci wiosną 2018 roku. Trzymam go za słowo!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *