Witaj w Hotelu Marmur – Taco Hemingway „Marmur”

Mam wrażenie, że do wysłuchania „Marmuru” wybrałam idealną wręcz porę – noc. Bo myślę, że właśnie wtedy najbardziej można odczuć klimat nowej płyty Taco Hemingway’a, która znowu, jak to w zwyczaju ma artysta, została udostępniona światu całkowicie za darmo. Po wielkim sukcesie „Deszczu na betonie”, singla promującego album, apetyty fanów zostały bardzo mocno zaostrzone. I tak w nocy z drugiego na trzeciego listopada niespodziewanie (jak zwykle) raper wypuścił „Marmur” – enigmatyczną historię o Filipie Szcześniaku, tajemniczym brodaczu i Trójmieście. Tak w skrócie można opisać tę płytę. A o czym tak naprawdę opowiada?

Naszą muzyczną podróż wraz z głównym bohaterem Filipem Szcześniakiem zaczynamy znajomym już motywem z „A mówiłem ci”. Jak w każdym poprzednim projekcie, za podkład muzyczny odpowiedzialny jest genialny Maciej Rumak. Motyw przewodni w otwierającym utworze idealnie imituje dźwięk sunącego po szynach pociągu, co wprawia słuchacza w odpowiedni nastrój, aby mógł wyobrazić sobie, że sam dzieli przedział z głównym bohaterem historii na trasie Warszawa – Trójmiasto. Siedząc w pociągu Szcześniak od razu zwraca uwagę na podejrzanego, z lekka zaniedbanego mężczyznę z brodą, jakby w podobnym do niego wieku, który bacznie obserwuje naszego głównego bohatera. Filip w momencie orientuje się, że największym marzeniem owego dziwaka są dwie rzeczy: wielka posiadłość i mnóstwo otaczających go kobiet. Ma też dziwne wrażenie, że skądś tego brodacza zna, potem dochodzi do wniosku, że być może ze względu na swoje notoryczne problemy ze snem miał majaki i tak naprawdę w przedziale jechał sam. Co ważne w całej opowieści, Szcześniak jedzie do Trójmiasta w konkretnym celu – czuje, że Warszawa lekko blokuje jego wytwory wyobraźni i nie jest w stanie nic tam stworzyć. W związku z tym jedzie nad „polskie fiordy”. Filip zostaje zameldowany w pokoju 515 (nawiązanie do „Wosku”) w tajemniczym hotelu Marmur stroniącego od technologii i posiadającego dziwne obyczaje. Podczas pobytu główny bohater ma okazję zaobserwować zachowania innych „współtowarzyszy turnusu”. Wszystko jest dynamiczne, wiele się dzieje i podczas wszystkich tych wydarzeń obecny jest tajemniczy współpasażer z pociągu, który twierdzi, że zna się z głównym bohaterem. Szcześniak chcąc odciąć się od wszelkich denerwujących go głosów wybiera się na nocny spacer. Spotyka wielu podejrzanych typów i w każdym z nich widzi współpasażera. Czuje wielki strach, który udziela się także słuchaczom. W końcu Filip dostaje łomot od jednego z przechodniów, a w hotelu zajmuje się nim zdecydowanie nadopiekuńczy portier, który potem nachodzi Filipa i przerywa mu pisanie tekstu zaserwowanego następnie słuchaczowi w formie ostatecznej. „Mgła I” to zatem owoc pracy głównego bohatera, tworzącego w hotelu Marmur. „Mgła II” opowiada o jednym bardzo pewnym siebie karciarzu, o którym była już mowa w poprzednim utworze. Szcześniak bacznie obserwuje śmiałe zachowania mężczyzn zdjętych z pola widzenia ich uważnych żon. Oddają się wszelkim używkom, nie stronią od młodych i pięknych kobiet. Popisują się swoją odwagą i chojractwem brawurowo tracąc pieniądze w kasynie. Potem występują dwa przerywniki w całej historii w postaci dwóch utworów: „Świat jest wfem” i „Świecące prostokąty”, które są swego rodzaju przemyśleniami autora i jednocześnie głównego bohatera płyty. W pierwszym z nich życie zostaje przyrównane do lekcji wfu, co jest dla mnie wręcz genialną metaforą. Taco Hemingway, jako że jest „głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia” określa najpopularniejszą postawę młodych ludzi wobec otaczającej rzeczywistości będących na skraju dwóch światów: dziecięcości i dorosłości. Wszyscy oni są zdezorientowani i nieprzygotowani do życia czyli lekcji wfu, na którą nie mają stroju. Utwór „Świecące prostokąty” opowiada o wszechogarniającej technologii, która zawładnęła umysłami wszystkich młodych ludzi. Autor ubolewa, że teraz tak wygląda świat i z sentymentem wspomina stare czasy.
Po krótkich przerwach wracamy z powrotem do hotelu Marmur, gdzie Filip nawiązuje kontakt z tajemniczym brodaczem i pije z nim alkohol, co owocuje nieco chaotyczną odą do długich nóg, rzęs i włosów. Tę miłość Taco Hemingway przywołuje w każdym swoim projekcie, poczynając od „Trójkąta Warszawskiego”. „Ślepe sumy” to wyjaśnienie dziwnego zachowania Szcześniaka podczas poprzedniej piosenki. Całą winę zrzuca na swojego kompana, ale nie ma na myśli tylko bieżących wydarzeń. Odnosi się także do ogólnego wpływu brodacza na jego życie, bowiem od samego początku można wywnioskować, że mężczyzna to alter ego głównego bohatera. Filip narzeka, że nie potrafi pójść na kompromis, bo składa się z dwóch części, z których każda podpowiada mu kompletnie co innego, co prowadzi do ciągłej wewnętrznej walki i dylematów. Przechodzimy do „Żywota” czyli szybkiego i treściwego życiorysu, niejako spowiedzi, którą Taco wielokrotnie na swoich płytach zapowiadał. Mówi o studiach i swoim lekkodusznym podejściu do życia w tamtych czasach. Stwierdza, że osiągnął to, czego w przeszłości pragnął. Niegdyś jego marzenia teraz stały się rzeczywistością. Można posłuchać o tym np. w tym wywiadzie przeprowadzonym mniej więcej w 2011 roku, kiedy Filip był jeszcze studentem Uniwersytetu Warszawskiego. Opowiada tu o swoich początkach i wielu innych istotnych kwestiach. W wywiadzie zawarte są także krótkie fragmenty jego pierwszych kawałków.


Wracając do albumu. Opowiedzenie całego swojego życia widocznie relaksuje głównego bohatera, ponieważ wyzbywa się swoich niepokojów, o których mowa na samym początku. Zbliża się koniec pobytu w hotelu Marmur. Filip, jadąc taksówką (widoczną na początku teledysku do „Deszczu na betonie”) stwierdza, że znalazł w hotelu spokój ducha i wiele się o sobie nauczył. Na dworcu znowu dostrzega zapomnianego na chwilę brodacza, który postanawia iść w ślady Filipa i również dokonać swego rodzaju spowiedzi i przyznania się do tego, o czym chyba każdy słuchacz już wie. Jak już wcześniej zostało wspomniane, tajemniczy mężczyzna to alter ego głównego bohatera. Opowiada, jak na każdym kroku bacznie go obserwował, pilnował i podświadomie doradzał, by Filip szedł w dobrym kierunku. Przyznaje, że to on poprowadził go do Marmuru, by tam nabrał weny do tworzenia i znalazł więcej inspiracji. Pasażer okazuje się jego życiowym drogowskazem, mówiącym, w którą stronę ma iść. Jest jednocześnie jego wielką ambicją i motywacją, pchającą go cały czas do przodu i pomagającą przezwyciężyć wszelkie niepokoje, stres, niemoc. Filip Szcześniak musi jednak dbać, by to wszystko nie wymknęło się spod kontroli, by nie doszło do jego zepsucia, które objawia się chęcią posiadania „dużego domu pełnego cudzych żon”. Należy jednak uznać za wielki sukces Filipa samo to, że zdaje sobie sprawę z istnienia takiego zagrożenia.
Po wytłumaczeniu sobie wszystkiego, panowie wracają do stolicy. I czas na kończący album utwór, znany już dobrze wszystkim „Deszcz na betonie”. Końcówka jednak zostaje nieco zmieniona na bardziej niepokojącą. Filip traci rachubę czasu i nie wie, ile dokładnie przebywał w hotelu. Stwierdza jednak z przerażeniem, że wiele się zmieniło w Warszawie przez ten czas. W ogóle nie może jej poznać, co wywołuje u niego wielki strach. Cała płyta kończy się niedopowiedzeniem. Podczas słuchania ma się nieodparte wrażenie, że za chwilę zacznie się kolejna piosenka, ale tak się nie dzieje. Występuje ogólne zdezorientowanie. Przynajmniej w moim przypadku.

„Marmur” to płyta najbardziej osobista ze wszystkich wydawnictw Taco Hemingway’a zwłaszcza ze względu na utwór „Żywot”. Osadza siebie w roli głównego bohatera, można więc przypuszczać, że wiele wątków z tej historii wydarzyło się naprawdę. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę, że na płycie nie zgadza mi się czas wydarzeń. Generalnie zostało powiedziane, że Szcześniak pojechał nad morze latem, dokładnie w lipcu. Ale w „Krwawej jesieni” na samym końcu utworu słyszymy następujące słowa:

„Piękna, polska jesień. Pan wie jak musi być teraz pięknie w Warszawie?”

Do głowy przyszło mi tylko jedno wytłumaczenie, że może po wcześniejszym pobiciu Filip majaczy i nie do końca wie, co się wokół niego dzieje. A może jest na to jakieś inne wytłumaczenie. Ten fragment jest jednak dla mnie nieco niezrozumiały.

Warto odnieść się do niesamowitego klimatu płyty. Jak już na samym początku wspomniałam, noc to niewątpliwie najlepsza pora do jej odsłuchu, bo emanuje wtedy swoją wielką tajemniczością. Momentami jest nawet przerażająco, tak jak w końcówce otwierającego utworu. Przychodzą jednak momenty, gdzie słuchając albumu masz ochotę rozłożyć się wygodnie w fotelu, zapalić papierosa, napić się wina i doszczętnie zatopić w rytmie serwowanym przez Rumaka i wsłuchać się w niepowtarzalny głos Taco Hemingway’a. Można po prostu odpłynąć gdzieś daleko i porządnie się zrelaksować. Panowie wyczarowali absolutnie doskonały klimat.

Chciałabym także zwrócić uwagę na utwory wyrzucone z fabuły, niewiążące się w żaden sposób z historią opowiadaną w nadmorskim hotelu. Mowa tu o „Świat jest wfem” i „Świecące prostokąty”. Są to swego rodzaju luźne przemyślenia autora, które moim zdaniem są przerwami, lekkim odpoczynkiem od głównego wątku, co nie oznacza oczywiście, że są słabym punktem płyty, bo absolutnie tak nie jest, o czym wcześniej już wspominałam. Metafora zawarta w tej pierwszej piosence jest dla mnie bardzo pomysłowa i niebanalna, a drugi utwór to sama prawda o otaczającym świecie. Najlepiej dociera do osób, którzy pamiętają jeszcze czasy, gdy „świecące prostokąty” nie zajmowały nam każdej wolnej chwili.

Taco Hemingway nie wyzbywa się swoich cech charakterystycznych, jak na przykład liczne nawiązania kulturowe do świata filmów (m.in. „Obcy”, „8 Mila”, „Sami Swoi”), seriali (m.in. „Narcos”, „Gra o Tron”), gier (z serii GTA, głównie Vice City, FIFA, Wiedźmin) czy muzyki (Drake, Eminem, Kanye West, The Eagles, The Beatles, Dr. Dre) oraz wielu innych dziedzin życia, co wywołuje niejeden uśmiech u niejednego fana tych wyżej wymienionych wytworów kulturowych. W moim przypadku największy uśmiech wywołał jednak następujący fragment „To by było na tyle”:

„Dziesięć tysięcy osób czeka aż przypłynie łódka
Płynie ten chłopak co rapował każdy wers do lustra”

Miło, gdy Taco rapuje o wspaniałym koncercie, na którym miało się okazję być. Bardzo miło.

Na koniec dwie rzeczy, które przed wydaniem „Marmuru” były dla mnie niezauważalne. Myślę, że niewiele osób przedtem zwróciło na to uwagę, jeśli w ogóle takowe były.
Oto przed państwem tajemniczy współpasażer:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *