„Wołyń” czyli jak Wojciech Smarzowski stał się dla mnie bogiem

Gdy chodziłam na lekcje historii w czasach liceum albo gimnazjum, nie zwykło się wtedy mawiać o wydarzeniach na Kresach w latach 40. Wiem, że może to brzmi tak, jakbym mówiła o edukacji podczas komunizmu. Aż tak oczywiście nie było, ale z jakichś powodów nauczyciele obchodzili ten temat szerokim łukiem. Powiedzieli nam tylko o UPA i że „coś tam się wtedy działo”, ale bez żadnych konkretów. O zbrodni wołyńskiej i w ogóle konflikcie Polski z Ukrainą w latach 40. dowiedziałam się albo z Internetu, albo z opowieści moich rodziców, którzy na ten temat wiedzieli więcej, bo oni z kolei byli edukowani przez swoich rodziców.

Po jakimś czasie w Internecie zaczęły krążyć informacje o pomyśle nakręcenia filmu na temat rzezi wołyńskiej. Okazało się, że taki plan zrodził się w głowie Wojciecha Smarzowskiego – jednego z bardziej cenionych reżyserów w Polsce i mojego absolutnego ulubieńca. Reżyser miał ogromne problemy, aby dokończyć ten film. Wielu sponsorów wycofało się, ponieważ ich zdaniem obraz jest zbyt brutalny i nie chcieli brać w tym udziału. Wiadomo jak wygląda kino w wykonaniu Smarzowskiego – szczerość aż do bólu. I za to go właśnie cenię, bo dość mam filmów przesyconych cukierkowymi dialogami i absolutnie odrealnionymi scenami. A obrazy Smarzowskiego aż kipią naturalnością i moim zdaniem tylko on jest w stanie zmierzyć się z tak trudnym tematem jakim jest niewątpliwie zbrodnia wołyńska. Na szczęście film udało się dokończyć z pomocą wielu osób, którzy wpłacali pieniądze na konto fundacji utworzonej specjalnie z myślą o filmie.

W mediach zaczęto mówić o Kresach właśnie à propos „Wołynia”, bo tak nowy film Smarzowskiego został nazwany. Prosto, acz treściwie. Czyli w zasadzie jak zawsze. Naprawdę z wielką ekscytacją czekałam na premierę filmu. Jednak im bliżej 7 października 2016 roku, tym większy strach się we mnie rodził. Oglądałam wszystkie filmy tego reżysera i wiem, że nie boi się niczego i że pokazuje wszystko. Ma w nosie poprawność polityczną i to, co mogą sobie pomyśleć różne środowiska, gdy oglądają któryś z jego filmów.


Apogeum strachu przypadło na moment pojawienia się na kinowym ekranie tytułu filmu. Niby czytałam o Wołyniu, niby wiem, co się tam wydarzyło, ale wiedzieć i widzieć to dwie kompletnie różne rzeczy. Obraz jest bardzo dobrze poprowadzony, prezentuje cały konflikt od przyczyn do skutków. Polacy nie są pokazani jako tylko i wyłącznie niewinne ofiary, bo wiadomo przecież, że konflikt nie bierze się znikąd, że zawsze muszą być jakieś konkretne podwaliny problemu. To nie oznacza oczywiście, że Ukraińcy zostają uniewinnieni, bo tak naprawdę nic nie może usprawiedliwić tego ludobójstwa.

Pierwsze sceny przedstawiają polsko – ukraińskie wesele, podczas którego można podsłuchać rozmowy Ukraińców i oddzielnie Polaków, zwanych przez tych pierwszych Lachami. Każdy ma swój punkt widzenia danej sytuacji i swoje zdanie na temat drugich. Wraz z biegiem filmu mamy pokazane stopniowe zaostrzanie się stosunków na Wołyniu, gdzie mieszkają Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Potem jeszcze do wioski przybywają Niemcy. Wszystko to prowadzi do rzezi, która zostaje pokazana w stu procentach szczerze i realistycznie – wszyscy naoczni świadkowie, którzy przeżyli tę tragedię oraz historycy tak twierdzą i jest to chyba najlepsza rekomendacja dzieła Smarzowskiego.

Po seansie byłam całkowicie sparaliżowana, w głowie krążyły różne myśli. Przez długi czas tylko i wyłącznie milczałam, nieustannie myśląc o tym, co przed chwilą zobaczyłam. Absolutnie żaden film nigdy nie zrobił na mnie tak piorunującego wrażenia. I nie tylko ja miałam taką opinię, co mogły potwierdzić gromkie brawa na koniec. Wszyscy wychodzili w milczeniu i zadumie. Niektórzy musieli ponownie usiąść i wszystko to przemyśleć, inni zapalili papierosa, a jeszcze inni po prostu płakali. Jedno jest pewne – ten film w każdym widzu wzbudził ogromne emocje i każdy musiał znaleźć sposób, aby się z nimi uporać. Wojciech Smarzowski dokonał niesamowitej rzeczy, kręcąc „Wołyń”, za co z całego serca mu dziękuję i gratuluję.

Uważam, że absolutnie każdy powinien zobaczyć ten film, chociażby dla uszanowania pomordowanych tam osób. Mam wrażenie, że zbrodnia ta jest zapomniana, wielu Polaków nawet nigdy o niej nie słyszało, a tylko znikomy procent potrafi przytoczyć jakieś konkretne fakty na ten temat. To niedopuszczalne, że o jednych ofiarach pamięta się bardziej, a o innych mniej. Jestem bardzo wdzięczna, że Wojciech Smarzowski swoim filmem zwraca na to uwagę, bo tak właśnie należy robić. A komentarze niektórych osób twierdzących, że „Wołyń” nie będzie prowadził do zgody tylko do zaostrzenia konfliktów między Polską a Ukrainą są kompletnie bezpodstawne. Nie można przecież budować dobrych relacji na nieunormowanym gruncie. Wszystko należy sobie szczerze wyjaśnić i niczego nie zatajać.

Zmierzajmy do kin, bo naprawdę warto. Możemy być dumni z tego filmu i powinniśmy pokazywać go światu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *