Wataha w stolicy czyli Męskie Granie 2016 w Warszawie

20 sierpnia 2016 rok, Warszawa. Jestem w słonecznej stolicy z zamiarem sfinalizowania mojego marzenia – udziału w koncercie na trasie Męskiego Grania. To marzenie zaczęło się spełniać w momencie, gdy cudem udało mi się zdobyć bilet i od tamtej chwili z wielką niecierpliwością czekałam na sierpniowe wydarzenia.
Chcemy dotrzeć na miejsce jak najszybciej. Jest już 15:30, a o 16:30 zaczną wpuszczać ludzi na teren imprezy, więc myślę, że miejsca będą dobre, może uda się nawet zdobyć pierwszy rząd. Niestety, przez dobrą godzinę krążymy po całym Forcie Bema, docieramy do każdego miejsca tylko nie do wejścia na koncert. W końcu jednak po bardzo długiej i niezwykle wycieńczającej podróży docieramy do celu i choć to dopiero początek, ludzie patrząc na nas mogliby śmiało stwierdzić, że to już raczej koniec. Mimo wszystko z radością wchodzimy na teren imprezy i próbujemy wszystkich atrakcji, jakie serwuje nam Żywiec – mamy tu mnóstwo stoisk z jedzeniem no i rzecz jasna z piwem. Każdy może tu spędzać czas tak, jak chce. Albo bardziej aktywnie, albo mniej. Można usiąść przy stoliku wraz z przyjaciółmi i rozkoszować się dźwiękami pięknej, polskiej muzyki, ale można też oczywiście być jak najbliżej sceny i uwolnić swoje imprezowe zwierzę. Na początku korzystamy z bardziej statycznego sposobu spędzania czasu, potem przechodzimy do tego znacznie bardziej dynamicznego.

Jako pierwsi na scenę wychodzą Sokół i Marysia Starosta. Przyznam szczerze, że byłam bardzo ciekawa występu tego duetu, bo jestem w niewielkim stopniu zaznajomiona z ich twórczością, więc z chęcią zobaczyłabym, co mają ludziom do zaoferowania. Występ całkiem przyjemny, do zrelaksowania. Potem na scenę wchodzi spora grupa artystów, którzy zaprezentują publiczności bardzo inspirujący międzypokoleniowy projekt Albo Inaczej. I tu występuje między innymi Ten Typ Mes, Pezet, Felicjan Andrzejczak, Krystyna Prońko czy Andrzej Dąbrowski.

Pierwsze koncerty traktujemy z koleżankami jako rozgrzewki przed tymi, na które głównie czekamy. W trakcie występu Acid Drinkers postanawiamy zmienić miejsce pobytu i przechodzimy pod scenę, by lepiej odbierać to, co dają nam muzycy. Zdobywamy pierwsze rzędy! I chodź nie jestem fanką aż tak mocnych brzmień jak w stylu Acid Drinkers, czy też jak to Pan Stelmach mówił, w stylu Kwasożłopów, to muszę przyznać, że na żywo robi to naprawdę wielkie wrażenie.

I zaczyna się. Zaczyna się to, na co naprawdę wszystkie czekałyśmy. Nasza pierwsza gwiazda wieczoru wchodzi na scenę. Oto przed nami ukazuje się mężczyzna z oryginalną fryzurą, dzierżący gitarę w rękach – Organek, czyli szef tegorocznej męskograniowej Orkiestry. To mój drugi koncert tego artysty i znowu robi na mnie piorunujące wrażenie. Energia jaka od niego emanuje jest niesamowita i wręcz powala na kolana, na które z pewnością bym padła, gdyby nie otaczający mnie tłum. Jest cudownie. I kocham piosenkę Kate Moss, a wersja koncertowa, która jest nieco przyspieszona absolutnie porywa do skoków i wyzwala jeszcze większą miłość. Coś niesamowitego.

Po energetycznym Organku przychodzi do nas Brodka, aby uspokoić nasze emocje. Ale czy na pewno? Serwuje nam niesamowitą pełną energii wersję Grandy i jest to moim zdaniem najlepiej wykonana piosenka na żywo. Cudowna wersja dopracowana w każdym najmniejszym calu i tu właśnie Monika udowadnia, że jest perfekcjonistką i chce, aby wszystko, czego się dotknie było nieskazitelne. Poza tym słyszymy cały materiał z jej nowej płyty Clashes, który elektryzuje publiczność.

I teraz dla mnie najważniejszy koncert tego dnia. Czas na czary w wykonaniu Dawida Podsiadło. I znów ogarnia mnie to fascynujące uczucie, gdy wokół nagle wszyscy i wszystko znika. Wszystkie moje problemy zdają się nie mieć żadnego większego znaczenia, bo Dawid na chwilę dzięki swojej muzyce pomaga mi i innym ludziom po prostu zapomnieć. On leczy duszę i mam wrażenie, że powinien być przepisywany na receptę jako środek leczniczy, bo znam kilka takich osób, którym jego muzyka bardzo pomogła. Szkoda tylko, że te magiczne chwile trwają w Warszawie tak krótko, bo tylko około 30 minut i nie wiem czym to zostało spowodowane. Ale nieważne, bo zaraz zwieńczenie całej imprezy – Męskie Granie Orkiestra! Czekamy dłuższą chwilę, a mnie coraz bardziej dokucza pragnienie. W końcu stoimy tutaj już od blisko czterech godzin, a głośne śpiewy i energetyczne tańce jeszcze bardziej wzmagają to uczucie. Postanawiam więc poprosić o pomoc ochroniarza, który po kilku minutach przynosi dla pierwszych rzędów dwie butelki Sprite’a. Łyk napoju jest dla nas wybawieniem. Nagle nikt się nie obawia, że czymś się zarazi z powodu picia z jednej butelki, co niewątpliwie całą publiczność połączyło i zjednoczyło. Kto wie, może dlatego „Wataha” wyszła tak, jak wyszła? Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Piotr Stelmach, prowadzący całą imprezę, informuje nas, że w tym roku artyści Orkiestry Męskiego Grania wychodzą na scenę w absolutnej ciszy. Witamy więc ich tak, jak nas poproszono, chociaż ciężko jest nam nie wybuchnąć wielką wrzawą. Udaje się jednak wytrzymać przez chwilę, żeby potem zacząć krzyczeć i śpiewać ile sił. Możemy usłyszeć wiele cudownych polskich piosenek w wykonaniu trójki panów: Tomasza Organka, Dawida Podsiadło i O.S.T.R., z tymże ten ostatni pojawia się na scenie nieco później. Najwięcej piosenek wykonuje dla nas Dawid i tu możemy przekonać się jak wokalista radzi sobie z takimi przebojami jak „Co mi Panie dasz”, „Lipstick on the Glass” (mój ulubiony!) czy „Nic nie może wiecznie trwać”. Organek śpiewa między innymi „Jezu, jak się cieszę”, a O.S.T.R. kultowe „12 groszy”. Miłym zaskoczeniem jest gość specjalny czyli Kasia Figura. Mówiąc szczerze, byłam bardzo ciekawa z jakiej strony pokaże się nam aktorka i pokazuje się z tej najbardziej znanej i lubianej. Prezentuje dla nas „Przytul mnie”, które już w oryginale ma niesamowicie zmysłowy wydźwięk. Kasia dodaje jednak swój naturalny seksapil, sprawiając, że niejednemu słuchaczowi przechodzą ciarki po plecach. I na sam koniec singiel trasy Męskiego Grania 2016 – „Wataha”. Miałam okazję brać udział w kręceniu teledysku do tego pełnego energii singla, więc nie ukrywam, że bardzo czekałam na ten moment. I choć jest już grubo po północy i wydawać by się mogło, że już nikomu nie chce się skakać, publiczność jakimś cudem jest w stanie wykrzesać z siebie tyle energii, że starcza jeszcze na bisy. Podczas „Watahy” wszyscy eksplodują – zarówno publiczność, jak i artyści. Rozglądam się wokół i w tym momencie zdaję sobie sprawę w jak cudownym miejscu się właśnie znajduję. Jestem z tysiącami osób, widzę ich wszystkich pierwszy raz, a zachowujemy się i współdziałamy, jakbyśmy ćwiczyli to każdego dnia. A udowadniamy to podczas śpiewania a capella głównego motywu „Watahy” i serce nam rośnie, gdy widzimy ten zachwyt w oczach artystów i niedowierzanie Piotra Stelmacha. Gdy emocje nieco opadają, Tomasz Organek zarządza odśpiewanie chóralnego sto lat z okazji zbliżających się urodzin Piotra Stelmacha, co wykonujemy bezbłędnie. Wszystkiego najlepszego!

I nadchodzi koniec. Wszyscy się rozchodzą, a ja spoglądam na swoje doszczętnie zniszczone buty. Ale ból w sercu nie gości, bo wiem, że absolutnie było warto. Przecież to tylko buty, więc też nie ma co robić dramatu. Próbujemy jeszcze z koleżankami dobić się do artystów, żeby na świeżo podzielić się wrażeniami z nimi, ale pojawiają się dwa problemy: praktycznie nie możemy chodzić, a poza tym ochrona już się z nami żegna, co oznacza, że my musimy się pożegnać z nią i całym Męskim Graniem.
I ekscytacja jeszcze trwa do tej pory i trwać będzie bardzo długo, przekrzykując standardową pokoncertową depresję. I mam nadzieję, że te pozytywne głosy nie dadzą jej dojść do głosu.

To, moi drodzy, było coś (tu dopowiedzcie sobie jakieś przekleństwo, bo tylko to przychodzi mi do głowy, chociaż wiem, że nieładnie jest przeklinać, ale jednak te wyrazy chyba najlepiej oddają emocje)! To było tak dobre jak zjedzenie czegoś najpyszniejszego na świecie, na przykład ulubionego ciasta, które zawsze przyrządzała ci babcia. I to taką ulgę mi przyniosło porównywalną do wypicia Sprite’a po kilku godzinach stania wśród tłumu (pozdrawiam wszystkich pijących!). Było przegenialnie.
I chciałabym zaapelować do wszystkich tych, którzy się kiedykolwiek będą wahać czy iść na Męskie Granie. Proszę Państwa, odpowiedź jest tylko jedna – biegnijcie jak najszybciej po bilety!

Jeśli chcecie choć w najmniejszym stopniu poczuć to, co Wam tutaj opisałam, to macie szansę. W sobotę 27 sierpnia na stronie meskiegranie.pl będzie bowiem prowadzona transmisja na żywo z finałowego koncertu w Żywcu. Polecam bardzo gorąco!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *